Świadectwo E.

Wychowałam się praktycznie sama. Moi rodzice, mimo że kiedyś szli za Bogiem, dali się złamać przez grzech. To był szybki rozwój alkoohlizmu. W miejscu, w którym płacz i podniesiony krzyk dziecka nie robią na nikim wrażenia, życie toczy się w zupełnej samotni. Alkoholizm ojca zabierał wszystko po kolei, po śmierci dziadka pochłonął również mamę. Oboje pili bez opamiętania. Jedyne uczucia znane mi w tamtych czasach to lęk i strach. Przeszłam również przez wykorzystywanie seksualne, co na kilka lat w ogóle zniknęło z jej pamięci. To jest to, co na zawsze cię odmienia, milkniesz, mimo że masz wiele do powiedzenia. Czułam się gorsza absolutnie we wszystkim, każdą iskrę dobrych myśli tłumiły kompleksy i strach. Ojciec raz był w domu, raz w więzieniu. Widok ludzi czołgających się po dnie, zawładniętych używkami różnej maści, nie jest mi obcy. Wszystkie obrazy przemocy seksualnej, fizycznej, psychicznej i różnorakiego znęcania, które przeżyłam i widziałam potrafią latami wracać, abyś dalej milczał.

Pierwsze spotkanie z Bogiem przeżyłam mając 14 lat zaraz po wyjściu ze szpitala psychiatrycznego. Kuzynka zaprowadziła mnie do grupki młodzieżowej. Niestety nie potrafiłam odnaleźć się do końca wśród dzieci, które mialy „normalne rodziny”, poczucie niższości było jak cień. Miłość również wydawała mi się zbyt daleka od mojego życia. Zaraz na początku liceum wkroczyłam pełną parą do świata buntu, który ulokowałam w grupie punk-skinhead. Byłam pełna szeroko pojętej nienawiści. Tam również poznałam chłopaka i wielu znajomych. Zaczęło się najgorsze. W wieku 18 lat ważyłam 39 kg. W domu nie było niczego: prądu, ciepłej wody i gazu… Ojciec ukrywał się za granicą, co jakiś czas wysyłał mi przez mafię pieniądze. W tym czasie mama piła od rana do rana, a brat był w więzięniu. Ówczesny chłopak i przyjaciele bardzo mi pomagali, karmili i udostępniali miejsce do spania.

Początek roku 2011 i wyjeżdżam z chłopakiem do Trójmiasta. Wielki szok, jestem kilkaset od domu rodzinnego, a wciąż czuję ból. Patrzyłam na swe życie z boku. Popadałam w skrajnie sprzeczne emocje. Wpadałam w euforię, potem pustka i dół i tak ciągle. Lęki, nocne zmory, poczucie prześladowania i niechęć do życia doprowadziły znów do leków psychotropowych. Ale one nie są odpowiedzią na problemy. Zaburzenia emocjonalne, nerwica i podejrzenie rozszczepienia umysłu – takie padały diagnozy od lekarzy i terapeutów.

Początek roku 2014 i umiera moja mama. Jadę tam wziąć to w swe ręce. Urzędy, prokuratura, przepustka z więzienia dla brata i inne spowodowały, że sama podwoiłam dawkę leku. Odnalazłam również pastora, który kiedyś znał moich rodziców. Prowadzony przez Ducha Świętego wygłosił świetną mowę na pogrzebie. Wróciłam do Trójmiasta, zakończyłam swój związek, chciałam zacząć wszystko od nowa. Szkoda tylko, że swe budowle stawiałam na zgliniźnie. Ojciec kompletnie się załamał po śmierci mamy, wpadł w kolejne problemy, a efekt był taki, że przyszedł do mojego życia, dosłownie. Przyszedł do Trójmiasta, by być tutaj bezdomny. Jego ból, pretensje, alkoholizm i całe to poczucie współodpowiedzialności było jak nóż w plecy. Byłam sama z tym, bo choć wielu chciało, to nikt nie rozumiał, co czuję, widząc ojca grzebiącego w śmieciach. Brutalna sytuacja zaczęła mnie przerastać. Lęk zbierał swe żniwo, okaleczałam się bez opamiętania. Któregoś dnia przesadziłam i nie mogłam zatamować krwi w pracy. Rany na nowo się otwierały przy każdym kroku. Zawołałam od Boga. Pomyślałam, że jeśli On nic z moim życiem nie zrobi, zgłoszę się na odział zamknięty. Pan podniósł mnie niemal od razu, kiedy wyznałam, że nie mam władzy nad tym, co robię. Mój nałóg okaleczania trwał około 10 lat. Dziś wiem, że kara cielesna zabija duszę, którą tylko Ojciec może przywrócić na nowo do życia.

Mocno uchwyciłam się obietnic zawartych w Piśmie Świętym i poszłam za Bogiem, który dał mi pełnię wolności! Mam zaszczyt nazywać się córką Pana, nie sierotą, nie jestem stworzona, by cierpieć. Idę za planem życia, jakie ma dla mnie Bóg. Ojciec nasz jest najlepszym lekarzem, ciągle mnie zaskakuje, gdy widzę, jak przemienia moje rany w coś, co wyda dobry owoc. Część rzeczy jest jak proces zdrowienia, ale jestem bezpieczna w rękach Najlepszego! Me poczucie wartości buduję na Słowie Bożym.
E.

Iz40;31 (2)